W polskiej tradycji nigdzie nie ma, że na święta trzeba zwariować…

Te parafrazowane słowa w tytule pochodzą z wpisu Miss Ferreiry, całość przeczytacie tu.

Oczywiście łatwiej powiedzieć niż zrobić, zwłaszcza kiedy postanawiasz w tym roku nie myć okien i nie robić 200 uszek, to i tak np. Mamula czeka z kilometrową listą TO DO,  Mamuli się nie odmawia ;).

 

Do moich obowiązków przedświątecznych od lat należała pomoc w porządkach Dziadkom,  mycie okien, wieszanie firan i pucowanie tam gdzie wzrok nie sięga. Zwykle byłam wykończona już końcówką roku i na wyganianie kotów z moich kątów, już nie starczało mi siły. Za to mogłam liczyć „na gotowe”, czyli kolację Wigilijną  u Mamy.

 

W tym roku nie ma obowiązków, nie ma gotowego…czuję się z tym …dziwnie.

 

Za to skupiam się na marzeniach, jednym z nich było od dawna spędzenie świąt w górskiej chatce bez wygód, wprawdzie nie mogę liczyć na luksusowy domek w Alpach w stylu chalet…ale postanowiłam sobie trochę tego klimatu zrobić w domu.

 

Drewno, futra ( u mnie sztuczne), len, kilka gałązek, czerwone jabłuszka, grube swetry i rękawice.

Małe – ale za to obłędnie pachnące drzewko.

Ozdób minimum, w tym roku nawet choinka jest tylko ze światełkami, za to stoi u nas cały grudzień. Udało mi się nic nie dokupić z dekoracji (sukces!). Na stole mieszanina świeczników, głównie z pracowni mojej przyjaciółki Al –  Czary z Drewna, oraz vintage.

Będzie „minimalistycznie” pod względem kulinarnym 😉

Jedno czego nigdy u nas nie zabraknie to robione, domowe pierniczki. Robię je od 10 lat minimum, z tego samego przepisu, w tym roku nawet go ulepszyłam i nie zamierzam dekorować 😉

Jeśli o tradycjach mowa, zawsze w tym okresie wzrusza mnie pozycja w notesie z przepisami : „śledziki wg Babci Krysi”, piernik Mamy, karp wg  Teścia…w tym roku podobne uczucia przywołała książka kulinarna naszej blogowej koleżanki „Trufla. Same dobre rzeczy”. To właściwie więcej niż książka z przepisami, to taka księga wspomnień.

Ławka, którą widać na zdjęciu, stała wiele lat koło domu Babci mojego Męża, kiedyś miała piękny, musztardowy kolor.  Uratowałam ja przed spaleniem, od długiego czasu zastanawiam się czy kiedyś będzie okazja ją wykorzystać w ten sposób.

Nosi na sobie ślady wielu lat pracy, stała tuż przy przydomowym ogródku z grządkami.

Na pewno w tym roku ta ławka zapełni się wspomnieniami…

Życzę Wam w tym przed i świątecznym okresie – nie traćcie głowy! święta i tak się odbędą, czy będziemy przygotowani czy nie :))

Samej sobie i Wam, życzę dużo czasu tylko dla siebie i rodzinki (nareszcie!), dziecięcej radości z prostych rzeczy…

Pomimo zmęczenia intensywnością roku patrze optymistycznie do przodu, mam mnóstwo pomysłów na ten nadchodzący rok, zarówno dotyczących firmy i mojej pracy, jak i planów tylko dla przyjemności ; )).

A marzenia? są po to by je spełniać ;))

więc … just be a DREAMER.

Co macie na swojej liście marzeń na pierwszym miejscu?

Na mojej jest Islandia :))

Trzymajcie się ciepło i dzięki, że zajrzeliście

An

Książkowe trzęsienia ziemi

  1. „Warsztaty umierania” Katarzyna Boni

Wstrząsająca lektura, która pozostawia ślad w głowie na bardzo długo. Jak to jest żyć w kraju ciągle zagrożonym kataklizmem, jak to jest żyć i patrzeć ,jak przez kilka pokoleń, traci się w wyniku kataklizmu kolejnych członków rodziny, wreszcie jak żyć w kraju skażonym radioaktywnie, kiedy nie ma gdzie uciec.  Czy zakładać rodziny, czy rodzić dzieci, wreszcie czy żywić się plonami skażonej ziemi, pić wodę z rzek… książka porusza też bardzo uniwersalny temat,  u nas mało popularny.  Jak sobie radzić z żałobą, jak pogodzić się ze śmiercią bliskiej osoby, których szczątków nawet nie odnaleziono.

 

” Na wzgórzu, w ogrodzie różanym, stoi biła budka telefoniczna. Z przeszklonych ścian roztacza się widok na morze. W środku klasyczny czarny telefon z tarczą numerową. Jego przewód kołysze się na wietrze.

Kaze no denwa – wietrzny telefon.(…) Każdy może przyjść porozmawiać z tymi, których mu brakuje.

Goście wchodzą do środka pojedynczo. Podnoszą do ucha słuchawkę. Opierają się o ścianę. Pochylają głowy. Może opowiadają  o sobie. A może tylko zadają pytania. Na rozmowie niesionej wiatrem spędzają długie minuty.

Kto wierzy w to, że w niepodłączonym telefonie nic nie słychać, ten nic nie usłyszy.

A ten kto posłucha bardzo uważnie, może usłyszy odpowiedź. (…)

W książce rozłożonej obok telefonu zostawili notatki. Ktoś napisał : ” Wreszcie powiedziałem >do widzenia<„.

Edit: od napisania szkicu tej notatki minęło wiele miesięcy, ostatecznie stwierdziłam, że nic nie dopiszę do tej listy (niestety).

Pokój nastolatki

Był pokój chłopaka, to zaświerzbiały mnie paluchy, żeby coś pogmerać w pokoju nastolatki ;). Z nastolatkami trzeba ostrożnie, jak z bombą. Najpierw był entuzjazm, potem nie było :D, teraz znowu jest !

Zamarzyło się nam ( tej wersji się trzymajmy) łóżko vintage, z pięknym, rzeźbionym wezgłowiem. Od pomysłu do realizacji – 10 minut ;p

 

Miałam szczęście i udało mi się kupić tanio łóżko dębowe w bardzo dobrym stanie. Jedyny problem polegał na tym, że trzeba było dociąć deski na dno, żeby było na czym położyć materac. Jednak jak to bywa w życiu, materac też nie do końca pasował, a i łóżko było wygodne, no i ma schowki.

Tak to wyglądało przed:

(raczej słabo widać samo łóżko)

w trakcie…

jak widać dokręciliśmy wezgłowia do istniejącego łóżka, resztę załatwiło prześcieradło z lambrekinem .

Zamieniłam też lampę na miedzianą „bombkę” od BriTop Ligting, widzieliście ją już u nas. Do tej pory wisiała tu papierowa lampa z ikei , taki podsufitowy klosz.

Mili zachwycona nowym wystrojem, do pełni szczęścia brakuje nam tylko  lnianej, brudnoróżowej pościeli.

Co sądzicie o tych zmianach? Mam jeszcze zagwozdkę teraz z szafą, mamy taką prostą szafę zrobioną z sosnowych szafek z ikea. Lubię jej prostotę i to, że mieści dosłownie wszystko!

Zastanawiamy się nad jej przemalowaniem.  Na razie stanęło na czarnej ( nie jestem przekonana do drugiej, dużej, czarnej powierzchni w tym pokoju). Wiem jednak, że i tak wkrótce żółtość sosny zacznie mi przeszkadzać.

Myślałam też o bieli i wielkich jak cukiery, okrągłych gałkach od „Regałki”, gdyby tak je nieregularnie rozrzucić na białej powierzchni??? nie za dużo będzie się działo??

 

Doradzicie coś?

An

 

Pokój chłopięcy z elementami vintage

Wreszcie dokończyłam zmiany w kąciku do nauki, więc przy tej okazji zrobiłam kilak nowych zdjęć z pokoju naszego syna.

Najbardziej dumna jestem z dekoracji vintage, które skrupulatnie i od dłuższego czasu gromadzę.

 

Pokoik nie jest duży, zmiana zaszła w obrębie biurka – do istniejącej zabudowy (szafki kuchenne z Ikea) dopasowaliśmy industrialne biurko ( nogi robione na wymiar) i blat ze sklejki ( biurko z pracowni Czary z Drewna).

 

Mam małego świra na punkcie krzeseł, jestem zakochana w pięknej linii tego krzesła made by NRD.

 

Pokoik jest bardzo mały, sądzę jednak, że optymalnie wykorzystaliśmy przestrzeń (przynajmniej to rozwiązanie od dłuższego czasu się sprawdza). Blat jest teraz wystarczająco duży do pracy dla chłopca w IV klasie szkoły podstawowej.

Uwielbiam tą komódkę! nad nią półki na „druciakach” na kolekcję fana LEGO.

Żyłka z żabkami służy nam do przypinania obrazków i dyplomów (znany patent).

Zagłówek robiłam samodzielnie, lampa nożycowa do czytania to mix vintage i lampki z Ikea. Za łóżkiem wolną przestrzeń wypełnia mini regał ze skrzynek na książki. Wciąż szukam jakiejś ładnej narzuty do tego pokoju, wyjdzie na to, że jednak uszyję 😉

Stary znak służy również jako dodatkowa tablica magnetyczna, kasetki sklejkowe z Ikea są doskonałe na wszelkie szpargały, trzeba tylko regularnie robić kipisz w nich pod nieobecność właściciela pokoju 😉

Tak to miejsce wyglądało niegdyś:

Więcej można zobaczyć i przeczytać tutaj .

 

Pozdrawiam An

North winds

…”Isn’t it a perfect place to live? What do you think?”…

…” co tutaj można robić? ”

” wieczorami chodzimy na spacery, robimy na drutach, albo pijemy wino”

…” to miejsce jest idealne do wychowywania dzieci…biegają po lesie, zbierają jagody chodzimy na plażę ( jak mamy pianki to się kąpią). Dorabiają sobie zbierając jaja ptaków lub grzyby. Mamy ciągły kontakt z naturą”

To moje ulubione zdjęcie z wyjazdu…ostatni dzień, wyskoczyłam z auta z aparatem.  Koń odwrócił leniwie głowę w moją stronę, wiatr powiewał mu grzywką. Wokół ani żywego ducha. Po sekundzie odwrócił pysk i  powrócił do kontemplacji ciszy, a wiatr nadal powiewał mu grzywką…

I obraz, który najsilniej działał na moją wyobraźnię … suszarnie dorszy. W mglisty, deszczowy dzień obsadzone mewami i wielkimi krukami, które nieodmiennie kojarzyły mi się z nordyckimi  wierzeniami w Odyna i kruka, który zabiera duszę wojownika po śmierci do Walhalli…

To oczywiście wynik mojego zaczytywania się w nordyckie i słowiańskie wierzenia…

Żałuję, że nie miałam „reporterskiej” odwagi zrobić portretu pięknej Pani w sklepie z rękodziełem w Reine, albo starszemu Panu mieszkającemu w maleńkiej wioseczce …chyba nawet nie oznaczonej na na naszej mapce…

Nigdy podczas wyjazdów nie interesowali mnie ludzie…a przecież jacy to muszą być fascynujący ludzie, skoro zdecydowali się niegdyś na wydzieranie tych skrawków powierzchni, w tak surowych warunkach, żeby tu żyć i wychowywać swoje dzieci.

Nie wiem czy będę miała okazję tam wrócić, w sumie nie brałam tego pod uwagę, ale za tym miejscem tęskni się jak za człowiekiem….

ciąg dalszy chyba nastąpi…

 

Lofoty , tam cisza brzmi inaczej cz.1

Dlaczego Lofoty?

moja fascynacja Skandynawią tak naprawdę jest dosyć wybiórcza i zaczęła się od designu. Potem zobaczyłam, prawdopodobnie najczęściej fotografowane miejsce na Lofotach, i po prawie 3 latach wzdychania spędziłam w tym miejscu cudowny tydzień.

Taki widok przywitał nas po przyjeździe, tuż po wschodzie słońca.

 

Cóż mogę powiedzieć, wszystko w tym dniu było dla mnie pierwsze, pierwszy lot samolotem ( a nawet dwa), prom, no i potem ten widok! Żadne z moich zdjęć nie oddaje tego co widziały oczy.

 

Ale od początku!

Wylecieliśmy w południe z Krakowa, do Oslo, a potem z Oslo samolotem do Bodo . Bodo to takie śliczne miasteczko portowe, które przywitało nas ognistym zachodem słońca, na tę noc zapowiadano również zorzę polarną   ( widzieliśmy ją jednak w tym miejscu była jeszcze za słaba).

(zdjęcia robione  aparatem i komórką)

Potem tylko noc w porcie i czekanie na prom …

Możecie sobie wyobrazić jak byłam podekscytowana , samolotu nie polubiłam :D, natomiast na promie podczas przyjemnego kołysania po prostu padłam :))

Promem dopłynęliśmy do Moskenes, tam czekał na nas zostawiony już samochód z wypożyczalni ( najtańszy i sprawdzony Reine car- rentel , znajdziecie również na facebooku). Auto zatankowane na full to podstawa jeśli chcecie zobaczyć coś więcej, bo odległości między miejscowościami są dosyć spore, sklepów mało, plaże rozrzucone, no bez auta można zobaczyć zaledwie skrawek. Poza tym sama podróż, takie samochodowe włóczęgostwo, to też niesamowita przygoda.

Dzięki temu mogliśmy objechać niemalże całe Lofoty wzdłuż odkrywając ukryte w zakamarkach stare wioseczki z odrapanymi domkami , skanseniki i rybackie przystanie, gdzie bardzo często słychać  język polski :).

A propos języka polskiego – pomyślałam wtedy, że mimo iż byłam w towarzystwie osób biegle władających j.angielskim i norweskim, to w pewien sposób ten język polski dawał mi poczucie bezpieczeństwa, że w razie draki, ja ze swoimi kilkoma zwrotami po angielsku nie zginę, bo zawsze mogę się zwrócić o pomoc do rodaka 😉

Natomiast miejscowi  są bardzo przyjaźni i uśmiechnięci, każdy bez względu na wiek witał się głośnym HI! , choć pewnie byłoby jeszcze lepiej gdybyśmy nie mieli oznakowanego auta z wypożyczalni ;). To zrozumiałe, że po sezonie miejscowi mogą się czuć już zmęczeni turystami, ale ani razu nie odczuliśmy, żeby ktokolwiek był nastawiony wrogo, raczej z dystansem, ale to akurat jest dla Skandynawów normalne.

Przyjechaliśmy w okresie idealnym ( 14-20.09), jest już po sezonie, ale Lofoty nie są wymarłe. Wprawdzie niektóre „atrakcje” są już zamknięte, ale nie o to nam chodziło, raczej o jak największą asymilację…okazuje się, że najbardziej asymilowaliśmy się z Polakami, którzy w Norwegii prowadzą swoje firmy.

Polecam Anita’s food w Reine i wyśmienite fish burgery, cena około 100-120 koron w zależności od „wsadu”. Ja jadłam wyśmienitego burgera z wędzonym łososiem, do tego pyszna kawa i darmowy internet ;). O to akurat nie musicie się martwić, ja wyjechałam bez roamingu (co nie do końca było dobre, ale o tym potem), jednak zarówno w domku jak i w każdej kawiarence jest darmowe wifi i można się kontaktować ze światem chociażby przez komunikatory.

Przemiła obsługa i można zakupić „pamiątki” w postaci miejscowych specjałów.

Na przeciwko odkryłam mini muzeum zabawek i malutka graciarnię, żeby tam wejść należy poprosić w hotelu tuż przy ulicy o otwarcie, oczywiście nie wyszłam z pustymi rękami 😉

Jak wspomniałam dotarliśmy do naszego domku o świcie ( „Eliassen rorbuer ”  http://rorbuer.no/en/ ) rezerwacja obowiązuje od godz.14.00, spożytkowaliśmy ten czas na podziwianie widoków.  Domek można zarezerwować przez booking.com lub  airbnb.com, po rezerwacji dostaniecie kod do drzwi ( fajne rozwiązanie, bo można się rozdzielić i nie trzeba warować pod drzwiami gdy ktoś z kluczem przepadnie na dłużej).

Nasza hytta należała do kategorii „luksusowe”, duża, z salonem, dwiema sypialniami, kuchnią, łazienką łózka piętrowe plus salon z kanapą i dodatkowe miejsce do spania na antresoli.  Było nas 4, ale spokojnie domek pomieściłby z 10 osób. Całe drewniane, ogrzewanie podłogowe plus małe grzejniki, bardzo ciepłe – nawet za ciepłe jak na moje przyzwyczajenia :). Dwa wejścia i z każdej strony obłędne widoki!

Od tyłu – przystań i codziennie pobudka po 7.00  dzięki mewom, którch tu było wyjątkowo dużo (nawet jak na przytań ;p)

Nasze miejsce do kawkowania jeśli akurat wiatr nie urywał łba 😀

Widok po drugiej stronie domków zapierał dech w piersi!

Nawet miejscowe monety mnie urzekły!  wszystko ma tutaj jakiś niesamowity czar…a może to tylko moja melancholijna  natura 😉

Jednak życzenia spełnia tu zorza :))

Pierwsze dwa dni,  z „rozpędu „, wyrwani ze swojej codziennej bieganiny,  spędziliśmy na trekkingu. Co mnie zaskoczyło mocno, szlaki nie są praktycznie oznakowane, jak na taką ilość kamieni! mogliby się pokusić o znaki malowane, tymczasem trafiłam na jeden! kierunkowskaz. Ogólnie znajomość i orientacja w terenie była na wagę złota, tu kolejna dla mnie nauczka – na takim wypadzie nie być tylko „pasażerem”.

Jedyny plus – zbocza nie są zalesione i z każdego wzniesienia można dojrzeć charakterystyczne ukształtowania terenu i w razie zguby kierować się na nie.

Plaża Kvalvika – jak to ktoś napisał na jednym blogu „ryje beret”!

Nawet! jakaś romantyczna dusza pomyślała o huśtawce z widokiem !

Skały wyrastające niemal pionowo, turkusowa woda, czarny piasek , wszechogarniająca cisza, i tutaj już zadziałała „magia Norwegii” – puls spada, nikt się nie spieszy, odrzucasz ambitne plany „zaliczenia” atrakcji, po prostu cieszysz się tym tu i teraz…

Podejście jest dosyć strome, głównie kamieniste, porośnięte grubo trawo-mchem i inną roślinnością mocno chłonącą wodę. Szczyty osiągają od 600 – 1000m n.p.m. Moim zdaniem są osiągalne dla osoby o przeciętnej sprawności, aczkolwiek wymagające pod względem ostrożnego stawiania nóg. No i jak wspomniałam jest to spacer na orientację.

Widoki – niezapomniane! (nasz punkt odniesienia – pysk krokodyla 🙂

Plaże rozrzucone są po całych Lofotach, do niektórych można dojechać autem.  Jak do tej …Skagsanden Beach ( dla odmiany biały piasek).

Na jednej z takich plaż spędziliśmy  kilka godzin w  nocy czekając na zorzę 🙂 ależ to było przeżycie 😉

Cisza tutaj brzmi inaczej, nie wiem czy to magia szumu fal od rana do zmierzchu, czy majestat gór, czy ten uśmiech miejscowych, czy ogrom piękna, nawet radio wydawało się zbędne…chce się tylko chłonąć !

c.d.n.

 

Jeśli macie pytania piszcie w komentarzach lub mailowo.

 

pozdrawiam  An

Małym nakładem, pracy duży efekt wow!

Czas blogowy umyka niespodziewanie szybko, dawno nie robiłam zmian i długo nie pisałam. Nasze mieszkanie od jakiegoś czasu jest w większości umeblowane, nie planujemy większych remontów i inwestycji. Jednak nie byłabym sobą, oraz blogerką, gdybym od czasu do czasu czegoś nie pozmieniała. Jak odmienić wnętrze niedużym kosztem i nakładem pracy? moim zdaniem „robotę” robią lampy.

Oświetlenie jest trochę jak biżuteria dla domu. Ostatnio widzieliście moją najnowszą „miłość”, czyli lampę inspirowaną molecular (w salonie). Jednak dzięki propozycji współpracy z firmą Britop Lighting miałam przyjemność przymierzyć do tego wnętrza prawdziwą perłę :

Nie od razu byłam przekonana do tej lampy, ale muszę przyznać, że gdy dotarła i zawisła – był efekt wow!

Piękna miedziano – szklana kula, nazywa się GINO, występuje w formie pojedynczego, potrójnego zwisu, i w wersji z pięcioma kulami. Daje przyjemne, intymne światło.

Kula pięknie odbija światło i uważam, że nawet w wersji pojedynczej robi ogromne wrażenie.

Dodatkowo w tym pomieszczeniu używamy lampy stojącej do czytania i własnej roboty „kinkietu” z dużą żarówką, który dopasował się charakterem do GINO.

Liftingowi została poddana również moja pracownia, do tej pory wisiała tam żarówka na kablu. Sprawdzało się to rozwiązanie dosyć długo, ale postanowiłam dopieścić to wnętrze. Do kolorystyki tego pomieszczenia idealnie wpasowała się lampa REJA. Duży, metalowy klosz, i piękny drewniany, jasny element.

Lampa daje mocno nakierowane światło, jednak w tym pomieszczeniu korzystam z dwóch dodatkowych lamp do pracy na ruchomym ramieniu.

Ten pokój to również wydzielona strefa do spania, uważam, że ten model idealnie wpasował się w obie strefy tego pomieszczenia. Dodatkowo przy łóżku używam lampek do czytania.

Obie lampy i wiele więcej tej firmy znajdziecie m.in. w sklepie internetowym www.eweled.pl. Napiszcie koniecznie jak Wam się podobają odświeżone pomieszczenia. W razie pytań zapraszam do kontaktu.

 

pozdrawiam An

Warsztaty kawowe

Dzisiaj chciałam napisać o warsztatach, w których miałam przyjemność uczestniczyć w ostatni weekend, dzięki uprzejmości firmy Beanbrothers ( firma z Pszczyny dystrybutor kawy specialty, oraz wysokiej jakości ekspresów i urządzeń do alternatywnego parzenia kawy). Warsztaty ( cupping ) odbyły się w kawiarni Synergia dobre miejsce z Katowicach.

Zacznę od tego, że jestem zachwycona wystrojem (żartowałam, że prawie jak u mnie w domu :)). Kawa i jedzenie wyśmienite, obsługa świetna i zawsze z uśmiechem, serdecznie Wam polecam to miejsce.

Warsztaty prowadziła Iza, finalistka mistrzostw baristów. Dzięki prostemu doświadczeniu mogliśmy nauczyć się jak rozpoznać dobrą kawę, tą z małych palarni produkujących wysokiej jakości ziarna, od kawy produkowanej na skalę przemysłową, którą prawdopodobnie wielu z nas pije.

Przyznaję, że to doświadczenie było dla mnie niemałym szokiem. Nasze kubki smakowe zadziwiająco uparcie potrafią tkwić nawet przy złych wyborach, o czym miałam okazję się przekonać .

Kawa – tutaj mała, niepozorna roślinka, jak się okazuje bardzo wymagająca, dzięki Izie odsłoniła przed nami wiele swoich tajemnic.

Część warsztatów obejmowała również opis alternatywnych metod parzenia kawy, mogliśmy porównać smak kawy parzonej na różne sposoby, zobaczyć ” w akcji” te wszystkie ( nie raz bardzo tajemnicze) przyrządy.

Moje wrażenia? Udział w tego typu warsztatach dał mi przede wszystkim świadomość. Nie oznacza to, że od jutra będę parzyć kawę tylko w chemexie i odważać laboratoryjne ilości. Jak sama Iza powiedziała, zachęciło mnie to do eksperymentowania, poszukania „swojego” smaku kawy , mam też świadomość, że to co piłam do tej pory z kawą ma niewiele wspólnego.

Dzięki temu, że było to spotkanie dla bloggerów, zawarłam nowe znajomości i zacieśniłam dotychczasowe :). Fajnie jest porównać swoje odczucia z kolegami i koleżankami z nieco innej „branży” .

Jeszcze raz dziękuję organizatorom za zaproszenie i polecam Wam, jeśli kiedykolwiek będziecie mieć okazję, weźcie udział w takim spotkaniu- w końcu tyle teraz się robi i mówi o zdrowiu, zdrowym jedzeniu, a kawa to nasz codzienny rytuał, warto wiedzieć co się pije.

An

 

Dekoracje komunijne

Organizując przyjęcie w domu zwykle największy nacisk kładziemy na to co podamy, no  i jak u licha wszystkich pomieścić ;)). Nasze przyjęcie było dosyć skromne, bo na 12 osób, kiedy już udało się rozplanować rozkład gości, a zamartwianie się o menu zrzucić na restaurację ;), mogłam przejść do najlepszego czyli obmyślania dekoracji.

Od samego początku zależało mi, żeby było dużo zieleni. Początkowo wystrój miał być nieco mniej oficjalny, więcej drewna, a nawet trochę mchu. Ale kiedy zobaczyłam te cudne kieliszki kryształowe u mojej babci, cała koncepcja nabrała trochę szlachetniejszego wyrazu.

Jak widać zaproszenie również utrzymane jest w biało- zielonej kolorystyce, w formie kartki z kalendarza.

Na stole zamiast obrusów biały len , gałązki ( nie powiem dokładnie jak to się nazywa, ale jest bardzo trwałą rośliną) , akcent „uszlachetniający” czyli złote wstążeczki i sztućce ze złotym akcentem na uchwytach.

Do komunii szedł syn, ale postanowiłam nie rezygnować z wianka jako dekoracji i zamiast na głowę trafił …na tort 🙂

Dzięki temu udało się uniknąć dosyć kiczowatych dekoracji, które proponowała nam cukiernia.

 

Jak widać na pierwszym zdjęciu tej samej rośliny użyłam do zrobienia innych dekoracji,  m.in. girland, które powiesiłam na długich wstążkach zwisających z karnisza , oraz kilku małych wianuszków.

Ja jestem z wystroju bardzo zadowolona, zresztą mimo swej skromności zrobiły duże wrażenie na gościach.

Chętnie poznam Wasze zdanie, czy podoba Wam się taki wystrój, czy może ktoś się czuje zainspirowany?

 

pozdrawiam An

 

Żyj tym co kochasz

Od samego początku mojej pasji, a potem pracy przyświeca to motto. Zresztą nigdy nie była to tylko pasja i tylko praca, to po prostu pomysł na życie, w tej kwestii nic się nie zmieniło do dzisiaj.

Choć moje zainteresowania są nie raz tak rozległe, że sama z trudnością je ogarniam :D, to są takie również, które pochłaniają mnie bez reszty.

Wreszcie jest wiosna, wreszcie jest ciepło – mogę wyjść w plener. Spędzanie czasu pod chmurką to jedna  z moich ulubionych aktywności , którą zaraził mnie Mąż, a oboje staramy się zarazić dzieci.

Nasza Córka złapała bakcyla wrotkarki i chociaż nie ma w naszym mieście profesjonalnego wrotkowiska, to nie jest to w stanie nas powstrzymać ;).

Ja również wróciłam „na łono przyrody” dokładając do treningów na sali trochę biegania. Mamy więc powód do spędzania wspólnego czasu pod chmurką, czyli takie dwa w jednym z samymi korzyściami  🙂

Chyba nie trudno zauważyć, że dziewczynki chcą być jak ich matki :P, jakoś obie mamy ostatnio zamiłowanie do różu :)). Coraz więcej tematów kręci się również wokół fatałaszków i ulubionych rzeczy, filmów, muzyki, książek….

Jeśli o muzykę chodzi mamy gusta zdecydowanie odległe :)), w kwestii fatałaszków zdecydowanie jest nam się łatwiej dogadać ;)). Podkradania „gadżetów ” się nie da uniknąć :))

Ale, ale żeby nie było! nie dajcie się zwariować nie musicie się katowć ;), my zawsze kończymy w cukierni :)). Ważne, żeby fajnie spędzić razem czas.

Niech wasze pasje nabierają wiosennych rumieńców :))

pozdrawiam An

 

W poście wystąpiły: