Dubrownik

Czy da się wypocząć w kurorcie? też się bałam, że nie 🙂

Jednak na koniec czerwca, przy ulicy Lapadska Obala, wynajęliśmy górę starego domu z kamienia, z widokiem – jak się okazało, na przepiękną starą, winiarnię i wzgórza obsadzone domkami z czerwonymi dachami.

Nasz gospodyni Marina jest właścicielką tego domu od pokoleń i jak sama mówi, dokonuje tylko niezbędnych remontów / udogodnień, bez nadmiernego ingerowania w jego styl i klimat.

Oprócz widoku na stary budynek mieliśmy „w gratisie” tajemniczy ogród, oraz mur z historią.

W promieniu 10minut drogi, plaże – kamieniste ( to wie każdy), zarówno te „rozrywkowe” przy hotelu, jak i kameralne i ciche na uboczu.

Chorwacja, Dubrownik

Absolutnie powalająca i malownicza  rzeczywistość nie wymagająca filtra …

Dubrownik Croatia

Największe wrażenie oczywiście robią kręte uliczki, bardzo urokliwe, prowadzące do przepięknego starego miasta.

Starówka jest absolutnie zachwycająca , aż trudno czasem było uwierzyć , że jest to dzieło rąk ludzkich. Oczywiście zapchane turystami, ale nawet tutaj można było znaleźć spokojny zakątek, ja mogłam godzinami kontemplować suszące się pranie.

niezapomniana gratka dla fanów Gry o Tron ;). To tutaj było kręconych wiele scen…

wszechobecne koty…

Garść informacji :

  • spod naszego domu co 10-15min  odjeżdżał autobus na stare miasto
  • co godzinę przyjeżdżał autobus z lotniska (oddalonego o około 20km)
  • komunikacja miejska jest bardzo dobrze rozwinięta, ale niemiłosiernie zapchane są autobusy (wsiada się tylko przednimi drzwiami )
  • nie jestem fanką owoców morza, ale tutaj jadłam najlepszą pizze z tuńczykiem i piłam miejscowe piwo z kija (Pan)

Polecam lokalny targ, choć i tam niestety owoce i warzywa mogą trafić się importowane.  Jeśli Wam zależy na naprawdę lokalnym jedzeniu, polecam stragany mijane po drodze do Dubrownika.  Jeśli popytacie „lokalesów ” podpowiedzą Wam gdzie kupić oliwę extra virgin z oliwek z 200-letniego gaju i najlepsze sery wyrabiane ręcznie .

Nie będę się wymądrzać, bo jak mówi mój Mąż, w Chorwacji każdy albo był, albo jest, albo będzie 🙂

W moim sercu na pewno został zachwyt nad widokiem gór wynurzających się z wody ( takie śródziemnomorskie fiordy), stare gaje oliwne z niesamowitą energią, wszechobecna roślinność, wyrastająca dosłownie z każdej dziury, oraz przepiękna, spójna i niezwykle konsekwentna architektura.

Czy chciałabym tam wracać i wracać w każde wakacje 12 lat z rzędu ? ;p

Nie sądzę, ale dla pewnej pogody i chęci spędzenia urlopu nad morzem akurat – na pewno warto.

An

Chorwacka objazdówka

Bardzo sę cieszę, że mój Mąż wpadł na ten pomysł – samochodem na sam koniec Chorwacji. Sama nigdy bym nie wybrała tego miejsca na wakacje, ale cóż, wielu mówiło i mówię ja, Chorwacja jest zachwycająca.

Dzięki podróży samochodem mieliśmy niepowtarzalną okazję ujrzeć cały przekrój krajobrazu chorwackiego. Żałuję, że większość trasy pokonuje się autostradą, bo nie udało mi się zrobić wielu pięknych ujęć,  które głęboko zapadły mi w pamięć.

corwacja croatia góry

chorwacja góry croatia

Najbardziej zaskakujące były zmiany krajobrazu przed i po wyjeździe z tunelu. Z jednej strony zieleń, a po drugiej już krajobraz niemal „księżycowy”. Właściwie nie powinno to dziwić, zwłaszcza gdy tunel przebiega 6km! w głębi góry.

chorwacja góry croatia

Góry Dynarskie to najpiękniejszy masyw  górski jaki dotąd w życiu widziałam!

croatia góry chorwacja

Cały czas miałam nieodparte wrażenie, że jest to makieta do filmu, a nie dzieło natury. Jasne, wapienne skały, porośnięte skromną roślinnością, odcinały się wyraźnie, niemal jak wycięte z kartonu, na tle błękitnego nieba.

Potem krajobraz gładko przechodzi w łagodne wzgórza, śródziemnomorskie „fiordy” i żyzne pola uprawne.

chorwacja góry croatia

chorwacja cratia pola uprawne

Po drodze lokalne winiarnie ( polecam tą w okolicy  Opuzen), a 25km przed Dubrownikiem, bo tam zmierzaliśmy, co kawałek stragany z lokalnym jedzeniem.

lokalne jedzenie,chorwacja,croatia

…no i oczywiście oliwą, winem i rakiją 😉

My zmierzaliśmy do Dubrwonika, ale na samym mieście skupię się w osobnym poście. Nie nastawialiśmy się na dużo jeżdżenia, ale zaliczyliśmy jedną wycieczkę w kierunku granicy z Albanią.

Wiele osób sugerowało, że nie da się odpocząć w kurorcie ( jednak nam się udało 😉 , ale podczas tej wycieczki odkryliśmy zaciszną miejscowość Molunat.

Molunat Chorwacja Croatia

Jest to malownicza wioska rybacka z największym chyb apolem namiotowym / kampingowym jakie tam widzieliśmy. Ponad 80% wakacjowiczów to byli Polacy.

Molunat Chorwacja Croatia

Na miejscu jest sklep i restauracja z owocami morza, których ceny nie zabijają. Jest też spokojne kąpielisko i widać, że miejscowość jest przygotowana pod turystów, choć wygląda skromnie.

Dojazd jest dobrze oznakowany, choć zjazdy do miejscowości z głównych dróg wyglądają jak dojazdy do posesji i trzeba być czujnym.

Molunat jest spokojne, malownicze i panuje tam niesamowita energia – mnie oczarowały stare zabudowania i wiekowe gaje oliwne. Wprawdzie byliśmy tam przed całkowicie rozszalałym sezonem, czyli pod koniec czerwca, jednak okolica wygląda na  senną i raczej dopiero rozwijającą się „pod klienta”.

Molunat Chorwacja Croatia

Jeden z charakterystycznych elementów chorwackiego krajobrazu, porzucone samochody, stare, urocze  modele ( choć ten wyglądał na jeszcze używany).

Molunat Chorwacja Croatia

Urocze, stare zabudowania do których prowadził  stary gaj oliwny. Nie umiem tego wyjaśnić, ale panowała tam niezwykła atmosfera – nie wiem czy to fakt, że byłam tam całkiem sama i rozmyślałam o tym, jak ciężko musi się żyć w kraju, w którym dosłownie wyrywa się ziemię kawałek po kawałku skałom…miałam wrażenie, że czuć tam energię tych wszystkich ludzi, korzy latami pracowali tam przy zbiorach.

Molunat Chorwacja Croatia

W okolicy kupiliśmy oliwę od  gospodarza, zjedliśmy w miejscowej restauracji ( mąż zachwala ośmiornice ).

Na mnie oczywiście wciąż robi wrażenie, że w Chorwacji można pójść na spacer i przynieść zerwane po drodze zioła do obiadu, które mi z trudem udaje się utrzymać w donicy na swoim balkonie 😉

Nie mówiąc o popularnych owocach…

Na koniec zupełnie nie chronologicznie, urocza miejscowość w okolicy Parku Narodowego Krka.

Chorwacją rządzą koty 🙂

Splitsko Chorwacja

c.d.n.

Gdy emocje już opadną ….czyli jeszcze o Tokyo

Wyjeżdżając z Japonii zarzekałam się, że nigdy tam nie wrócę. To dziwne…bo ciągle opowiadam o Tokyo. Zasiało we mnie jakieś ziarno niedosytu. Segreguję więc wspomnienia, przeglądam zdjęcia,  i sama siebie zaskakuję odkrywanymi szczegółami… Więc już teraz z perspektywy spokoju … ludzie Tokio, dużo zdjęć.

Codzienna droga do i z miasta, „nasza” stacja kolejki .

ludzie, japończycy,Tokio

kolejka, nisshi-nippori

w handlowej dzielnicy, w ramach rozrywki…

Tokio,Japonia, gejsza

ludzie, Toki,Japończycy

ja (176cm) 😉

ludzie,Japończycy,Tokio

Najbardziej lubię te migawki z dzielnicy Yanaka, wydaje mi się, że tam najłatwiej zaobserwować zwykłe życie.  Zaryzykowałam wejście w wąskie uliczki, ale okazały się takim labiryntem, że po 5 minutach się zgubiłam.

życie w Tokio, Yanaka

Pisałam już o tym, ale totalnie urzeka mnie wykorzystywanie każdego skrawka ziemi na ogródek, z okien naszego mieszkania widzieliśmy krzaki pomidorów, kapusty i innych warzyw, rosnących na jakimś skrawku ziemi nawiezionej pomiędzy domy.

życie w Japonii

kwiaciarnia

ludzie, Tokio,Japonia,Yanaka

Krawiec…za szybą w głębi pan z miarką na szyi „obskakujący” innego ważnego pana (sądząc po mnie) 😛 . Od razu przypomniało mi się milion scen z filmów o Yakuza 😀

ludzie Yanaka,krawiec

starszy człowiek odpoczywający w drodze , nie wiem o czym rozmyślał, ale zwrócił moją uwagę taki przycupnięty, drobny

życie w Japonii

tego miejsca nie zapomnę nigdy, pamiętam dokładnie, jakoś po 17.00 – słońce już się chowało (zachód było 19.00)- było piękne światło, cisza, powietrze lepkie od upału i wtedy zobaczyłam malwy 🙂 . Pomyślałam o domu 🙂

życie w Japonii, ludzie

sushi market – około 17.00 ceny spadają bardzo w dół i wszystko można kupić za grosze, z relacji kolegi wnioskuję, że niebo  w gębie 😀

życie w Tokio

sklepik, który zrobił furrorę na instagramie – miejscowe rękodzieło (sprawdziłam)

ludzie,Japończycy, rękodzieło

najlepsze kawa w dzielnicy  – YANAKA CAFFEE . Minia kafejka i palarnia

kawa, kawiarnia,Tokio,Yanaka caffee

dzieciaki

Shinjuku,ludzie, dzieci

Yanaka,świątynia, dzieci,ludzie

ludzie Tokio

roślina najważniejsza dla każdego Japończyka – ta pani niemal z nabożną czcią dotykała pędów

bambus, ogrody cesarskie, Tokio Japonia

bambus

u schyłku dnia, japońska mama – zawsze z nosidłem, nieraz do niego doczepione drobne zakupy, wózki chyba nie mają tu prawa bytu…chyba, że rower

ludzie ,dzieci,Japończycy

Tokio Japonia rower matka

lubię te kolory

ludzie, Japonia, Tokio

zawsze mnie fascynowali mnisi, udało mi się kilku spotkać. Spotkałam jeszcze kapłana, wyglądał niesamowicie, ale kiedy zauważył, że zbliżam aparat do twarzy, spojrzał tak, że obleciał mnie starach :))

tokio ludzie japonia

ludzie,życie w Tokio,mnich

mikroskopijna staruszka zamiatająca przy świątyni

życie w Japonii

Toki,ludzie,życie w Japonii

na zakończenie zabawne wspomnienie z ulubionej miejscówki „na skrzynkach” – wyborne piwo, sake, jedzenie z „budki”. Pragnę jednak zwrócić uwagę na mistrza drugiego planu 😉

Yanaka,street food, Tokio

żegnaj Tokio

An

 

W Tokyo jest coś depresyjnego.

Na wstępie zastrzegam, że przedstawione tu opinie są  tylko moje, bardzo subiektywne , nie jestem znawcą tego kraju i nie sądzę, że można uznać, iż wie się cokolwiek o Japonii na podstawie kilku dni w stolicy. Ale do rzeczy…

Dlaczego tam poleciałam…może się to wydawać dziwne, że osoba, która raczej stroni od kontaktu z ludźmi i nad wyraz ceni sobie kontakt z przyrodą, decyduje się na podróż do największego miasta na świecie. Poza tym nie jestem blogerem kulinarnym i nawet nie lubię sushi 🙂

Kilka lat temu przeczytałam, że moi najwięksi guru designu, Duńczycy, latami czerpali inspiracje z Japonii – trzeba jeszcze coś dodać? że lubię minimalizm, prostotę, nie przegadane projekty, praktyczność i użyteczność. Tak, moja romantyczna natura została również nakarmiona filmami o samurajach skąpanych w różowych płatkach sakury – no dobra przyznaję się :D.

ogrody cesarskie w Tokio Japonia

Niestety moje nastawienie do tego wyjazdu zderzyło się brutalnie z rozbieżnymi oczekiwaniami współtowarzyszy podróży, w praktyce oznaczało to „wyrwanie” dla siebie odrobiny magii w morzu betonu.

ogrody cesarskie Tokio JaponiaOgrody cesarskie Tokio

 

ogrody cesarskie Tokio Japonia

Do tej pory raczej unikałam kontaktu z „tubylcami”, ten  wyjazd jednak okazał się bardzo nietypowym, żałowałam trochę po powrocie z Lofotów, że jednak nie odważyłam się na kontakt z Norwegami (  jednak to bardzo uzupełnia obraz kraju), dlatego tym razem postanowiłam się odważyć i chociaż przez szkło obiektywu zbliżyć do ludzi.

ulice Tokio Japan

Szczęśliwie mieszkaliśmy w spokojnej dzielnicy, w normalnym tokijskim mieszkaniu (mieliśmy za sąsiadów Japończyków), rano mogłam obserwować jak Pan z naprzeciwka podlewa swoje pomidory, hodowane przy samej ulicy, jak starsza Pani wychodzi rano na zakupy i pozdrawiam nas głośnym heloo 🙂

Zwykłych ludzi w drodze do zwykłej pracy…

Tokio kolejka ludzie Japonia

…to co rzuca się w oczy to duża kultura podróżowania…absolutnie każdy Japończyk nastawiony jest na nie przeszkadzanie współpasażerom, jeśli plecak to z przodu na klatce piersiowej, jeśli siedzisz to, aby nie z łokciami na „strefę sąsiada”…przy okazji nigdy nie czułam się zagrożona kradzieżą, nawet w największym ścisku ma się totalne poczucie bezpieczeństwa.  Wsiadanie i wysiadanie jest bardzo zorganizowane, wszyscy ustawiają się automatycznie na schodach ruchomych po lewej (prawa jest do „wyprzedzania”), oraz w dwie kolejeczki z przejściem w środku podczas ładowania się do metra czy kolejki.

Nasz codzienny widok z okien kolejki naziemnej (m.in.na Skytree ).

Tokio Japonia Skytree kolejka subway

Nasza dzielnica to niezbyt wysokie budynki z mikroskopijnymi mieszkaniami  ( jakieś kilkanaście razy przywaliłam w coś głową). Buduje się tutaj do góry, odstępy między domami to jakieś 20cm. Normą są całe ogrody na dachach, a nawet „wybieg” dla przedszkolaków. Uliczki są bardzo wąskie i jeżdżą po nich małe autka wyglądające jak zabawkowe resoraki. Poza tym Tokio to zdecydowanie miasto rowerów i motorów vespa.

Tokio Japnia

przeciętna tokijska matka :

Tokio Japonia rower matka

Przy okazji wybaczcie to wąskie i krzywe kadrowanie, miałam mały wypadek i już w pierwszym dniu uszkodziłam obiektyw z zoomem, potem uszkodziłam moją stałkę :/ improwizowałam na maksa…

Tokio Japonia vespa

To co zachwyca i zasmuca jednocześnie… przy każdym domu, fryzjerze, sklepie, na balkonach, na dachach…doniczki, pojemniki, puszki z roślinami. Rośliny rosną tam dosłownie w „łyżce ziemi” :

Tokio Japan

Kwiaty, drzewka, pomidory, kaktusy…

Tokio Japonia

Mam nadzieję, że się mylę…niestety mam takie przemyślenia, że w tym zalewie betonu w tych roślinkach pojawia się jakaś taka tęsknota za kontaktem z przyrodą. Co z tego, że w samym Tokio jest dużo parków, jeśli wizyta w nich wiąże się z podróżą co najmniej kolejką i metrem, nagle okazuje się, że nie jest on aż tak łatwo dostępny.

Z drugiej strony po całym dniu wędrowania po dzielnicy wieżowców wypucowanych na wysoki połysk, których szczyty znikały w chmurach, niesamowitym odkryciem były wbite pomiędzy budynki malutkie świątynie, mini oazy zieleni i CISZY ( to było totalnym zaskoczeniem)…

świątynia Tokio Japonia

Miło było się tam na chwilę schować 🙂

świątynia Tokio Japonia

W Tokio można czuć się totalnie wyobcowanym ( jak ja)

Tokio Japnia

w metrze, kolejce widać tylko ludzi w wymiętych garniturach z nosem wetkniętym w telefon komórkowym, nikt ze sobą nie rozmawia,  jeśli już to grupka młodzieży wracająca ze szkoły. Mężczyźni grają w gierki, kobiety robią zakupy ciuchowe on line, mało kto czyta książkę. Każdy jest wysoce kulturalny, uśmiechnięty i chętny pomóc turyście, niesamowicie cierpliwy dla nas ” barbarzyńców” przyjezdnych. Mimo, że zdarzało nam się popełniać gafy nikt, nigdy, (a kobiety zwłaszcza) nie zwrócił nam uwagi, nie ofukał.

Niestety tutaj najbardziej można naocznie, uzmysłowić sobie co oznacza samotność w tłumie.

Tokio Japonia

Kraj głębokich ukłonów, zawodowych hierarchii, uśmiechu,  za którym kryje się mobbing w pracy, dramaty kobiet, które są „ozdobą”, molestowania. Miasto tak czyste, że nie widać na nim żebraków, nie ma śmieci choć nie widać koszy na nie, gdzie trzech facetów wymachuje rękoma i kieruje ruchem, żebyś mógł przejść chodnikiem nie walcząc z samochodem o pierwszeństwo. Swiat niemal idealny z idealnymi statystykami. To były po części moje spostrzeżenia, które potem spotkały się z fantastyczną książką / reportażem  ” Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet”  Karoliny Bednarz- mocno polecam.

Tokio Japan

Czy znalazłam swoją magię? dajcie mi kawałek przestrzeni zawsze coś dla siebie „wydłubię” :))

Moja ulubiona dzielnica Yanaka, odkryta przez kolegę i chyba najbardziej w moim guście . Wystarczająco japońska, wystarczająco spokojna, ze zwykłym życiem. Jedzeniem z budki i piwem na skrzynkach 🙂

Z cudowną kawiarenką Yanaka caffee, szaszłykami z kurczaka i sake w deszczowy wieczór.

Z mnichami ( jeden miał tak groźne spojrzenie, że nie odważyłam się zrobić mu zdjęcia) :)), staruszkami, świątyniami i cmentarzami. Z rękodziełem i uroczymi detalami…absolutnie znalazłam swoją magię :))

Tokio Japonia Yanaka

Nie bójcie się zaglądać do małych knajpek, zwykle drzwi są zasunięte i zasłonięte zasłonki, ale w środku toczy się życie :))

Tokio Yanaka Japonia

Wspaniały obiad z sake i piwem po około 1000 jpy na głowę.

Tokio Japonia Yanaka

Kanon piękna w Japonii to drobna kobieta o dziewczęcym wyglądzie z jasną skórą, bardzo kawaii. Dlatego Japonki chronią się od słońca parasolkami, kremami z filtrem, noszą długi rękaw, a nawet rękawiczki. Ja raczej nie wtopiłam się w tłum,ale próbowałam 😉

Yanaka Tokio Japonia

Tokio Yanaka Japonia

Miejsce, które skradło moje serducho, nie wiem co to za sklep, czy nie sklep, najgorsze, że chciałam tam przyjść drugi raz kiedy będzie otwarte i już tego miejsca nie znalazłam :/

Tokio Yanaka Japonia

Tokyo wyssało mnie niczym wampir energetyczny, oddałabym te 7 dni za jeden dzień w Kyoto.

Tokio Japonia bambus

Tokio Japonia Yanaka

Tokio Japonia Yanaka rękodzieło

Tokio Japonia Yanaka deszcz

Traktuję ten wyjazd jako ciekawe doświadczenie socjologiczne. Dużo nauczyłam się o sobie, o ludziach  i podróżowaniu ( a jestem w temacie mocno początkująca). Przełamałam kilka swoich oporów.

Tokio Japonia Ginko biloba miłorząb japoński

Wybaczcie mało konkretów, ten wpis to raczej zapis emocji i odczuć. Więcej relacji z wyjazdu znajdziecie zapisanych na moim instagramie anita sie nudzi. Poza tym w sieci jest mnóstwo konkretnych informacji na ten temat.

Tokyo Japonia Shibuja

Tokyo będę wspominać z poczuciem wyobcowania i kojarzyć z bezsennością 😉

Tokyo Japonia metro

…przyroda zawsze wygra…taki swojski widok, malwy 🙂

Tokyo Japonia Yanaka

To byłoby na tyle. Tyle Wam chciałam opowiedzieć, resztę zachowam dla siebie 🙂

Tokjo Japonia jpy jen

Jeśli macie pytania o jakieś konkrety proszę o maila, postaram się pomóc.

Tokio Japnia

Gdzieś tam pod tonami tego betonu, wszechobecnego plastiku, kulturalnymi uśmiechami jest ta japońska magia rodem z filmów o samurajach.

Tokio, niesamowite było cię trochę poznać.

 

p.s. …a wiecie, że w religii buddyjskiej, którą wyznaje część Japończyków, istnieje wierzenie akai ito (czerwona nić). Ponoć czerwona nić łączy małe palce przeznaczonych sobie osób, plącze się, ani nigdy nie zrywa. Jeśli są sobie przeznaczeni w końcu się odnajdą 🙂

 

An

 

W polskiej tradycji nigdzie nie ma, że na święta trzeba zwariować…

Te parafrazowane słowa w tytule pochodzą z wpisu Miss Ferreiry, całość przeczytacie tu.

Oczywiście łatwiej powiedzieć niż zrobić, zwłaszcza kiedy postanawiasz w tym roku nie myć okien i nie robić 200 uszek, to i tak np. Mamula czeka z kilometrową listą TO DO,  Mamuli się nie odmawia ;).

 

Do moich obowiązków przedświątecznych od lat należała pomoc w porządkach Dziadkom,  mycie okien, wieszanie firan i pucowanie tam gdzie wzrok nie sięga. Zwykle byłam wykończona już końcówką roku i na wyganianie kotów z moich kątów, już nie starczało mi siły. Za to mogłam liczyć „na gotowe”, czyli kolację Wigilijną  u Mamy.

 

W tym roku nie ma obowiązków, nie ma gotowego…czuję się z tym …dziwnie.

 

Za to skupiam się na marzeniach, jednym z nich było od dawna spędzenie świąt w górskiej chatce bez wygód, wprawdzie nie mogę liczyć na luksusowy domek w Alpach w stylu chalet…ale postanowiłam sobie trochę tego klimatu zrobić w domu.

 

Drewno, futra ( u mnie sztuczne), len, kilka gałązek, czerwone jabłuszka, grube swetry i rękawice.

Małe – ale za to obłędnie pachnące drzewko.

Ozdób minimum, w tym roku nawet choinka jest tylko ze światełkami, za to stoi u nas cały grudzień. Udało mi się nic nie dokupić z dekoracji (sukces!). Na stole mieszanina świeczników, głównie z pracowni mojej przyjaciółki Al –  Czary z Drewna, oraz vintage.

Będzie „minimalistycznie” pod względem kulinarnym 😉

Jedno czego nigdy u nas nie zabraknie to robione, domowe pierniczki. Robię je od 10 lat minimum, z tego samego przepisu, w tym roku nawet go ulepszyłam i nie zamierzam dekorować 😉

Jeśli o tradycjach mowa, zawsze w tym okresie wzrusza mnie pozycja w notesie z przepisami : „śledziki wg Babci Krysi”, piernik Mamy, karp wg  Teścia…w tym roku podobne uczucia przywołała książka kulinarna naszej blogowej koleżanki „Trufla. Same dobre rzeczy”. To właściwie więcej niż książka z przepisami, to taka księga wspomnień.

Ławka, którą widać na zdjęciu, stała wiele lat koło domu Babci mojego Męża, kiedyś miała piękny, musztardowy kolor.  Uratowałam ja przed spaleniem, od długiego czasu zastanawiam się czy kiedyś będzie okazja ją wykorzystać w ten sposób.

Nosi na sobie ślady wielu lat pracy, stała tuż przy przydomowym ogródku z grządkami.

Na pewno w tym roku ta ławka zapełni się wspomnieniami…

Życzę Wam w tym przed i świątecznym okresie – nie traćcie głowy! święta i tak się odbędą, czy będziemy przygotowani czy nie :))

Samej sobie i Wam, życzę dużo czasu tylko dla siebie i rodzinki (nareszcie!), dziecięcej radości z prostych rzeczy…

Pomimo zmęczenia intensywnością roku patrze optymistycznie do przodu, mam mnóstwo pomysłów na ten nadchodzący rok, zarówno dotyczących firmy i mojej pracy, jak i planów tylko dla przyjemności ; )).

A marzenia? są po to by je spełniać ;))

więc … just be a DREAMER.

Co macie na swojej liście marzeń na pierwszym miejscu?

Na mojej jest Islandia :))

Trzymajcie się ciepło i dzięki, że zajrzeliście

An

Książkowe trzęsienia ziemi

  1. „Warsztaty umierania” Katarzyna Boni

Wstrząsająca lektura, która pozostawia ślad w głowie na bardzo długo. Jak to jest żyć w kraju ciągle zagrożonym kataklizmem, jak to jest żyć i patrzeć ,jak przez kilka pokoleń, traci się w wyniku kataklizmu kolejnych członków rodziny, wreszcie jak żyć w kraju skażonym radioaktywnie, kiedy nie ma gdzie uciec.  Czy zakładać rodziny, czy rodzić dzieci, wreszcie czy żywić się plonami skażonej ziemi, pić wodę z rzek… książka porusza też bardzo uniwersalny temat,  u nas mało popularny.  Jak sobie radzić z żałobą, jak pogodzić się ze śmiercią bliskiej osoby, których szczątków nawet nie odnaleziono.

 

” Na wzgórzu, w ogrodzie różanym, stoi biła budka telefoniczna. Z przeszklonych ścian roztacza się widok na morze. W środku klasyczny czarny telefon z tarczą numerową. Jego przewód kołysze się na wietrze.

Kaze no denwa – wietrzny telefon.(…) Każdy może przyjść porozmawiać z tymi, których mu brakuje.

Goście wchodzą do środka pojedynczo. Podnoszą do ucha słuchawkę. Opierają się o ścianę. Pochylają głowy. Może opowiadają  o sobie. A może tylko zadają pytania. Na rozmowie niesionej wiatrem spędzają długie minuty.

Kto wierzy w to, że w niepodłączonym telefonie nic nie słychać, ten nic nie usłyszy.

A ten kto posłucha bardzo uważnie, może usłyszy odpowiedź. (…)

W książce rozłożonej obok telefonu zostawili notatki. Ktoś napisał : ” Wreszcie powiedziałem >do widzenia<„.

Edit: od napisania szkicu tej notatki minęło wiele miesięcy, ostatecznie stwierdziłam, że nic nie dopiszę do tej listy (niestety).

Pokój nastolatki

Był pokój chłopaka, to zaświerzbiały mnie paluchy, żeby coś pogmerać w pokoju nastolatki ;). Z nastolatkami trzeba ostrożnie, jak z bombą. Najpierw był entuzjazm, potem nie było :D, teraz znowu jest !

Zamarzyło się nam ( tej wersji się trzymajmy) łóżko vintage, z pięknym, rzeźbionym wezgłowiem. Od pomysłu do realizacji – 10 minut ;p

 

Miałam szczęście i udało mi się kupić tanio łóżko dębowe w bardzo dobrym stanie. Jedyny problem polegał na tym, że trzeba było dociąć deski na dno, żeby było na czym położyć materac. Jednak jak to bywa w życiu, materac też nie do końca pasował, a i łóżko było wygodne, no i ma schowki.

Tak to wyglądało przed:

(raczej słabo widać samo łóżko)

w trakcie…

jak widać dokręciliśmy wezgłowia do istniejącego łóżka, resztę załatwiło prześcieradło z lambrekinem .

Zamieniłam też lampę na miedzianą „bombkę” od BriTop Ligting, widzieliście ją już u nas. Do tej pory wisiała tu papierowa lampa z ikei , taki podsufitowy klosz.

Mili zachwycona nowym wystrojem, do pełni szczęścia brakuje nam tylko  lnianej, brudnoróżowej pościeli.

Co sądzicie o tych zmianach? Mam jeszcze zagwozdkę teraz z szafą, mamy taką prostą szafę zrobioną z sosnowych szafek z ikea. Lubię jej prostotę i to, że mieści dosłownie wszystko!

Zastanawiamy się nad jej przemalowaniem.  Na razie stanęło na czarnej ( nie jestem przekonana do drugiej, dużej, czarnej powierzchni w tym pokoju). Wiem jednak, że i tak wkrótce żółtość sosny zacznie mi przeszkadzać.

Myślałam też o bieli i wielkich jak cukiery, okrągłych gałkach od „Regałki”, gdyby tak je nieregularnie rozrzucić na białej powierzchni??? nie za dużo będzie się działo??

 

Doradzicie coś?

An

 

Lofoty , tam cisza brzmi inaczej cz.1

Dlaczego Lofoty?

moja fascynacja Skandynawią tak naprawdę jest dosyć wybiórcza i zaczęła się od designu. Potem zobaczyłam, prawdopodobnie najczęściej fotografowane miejsce na Lofotach, i po prawie 3 latach wzdychania spędziłam w tym miejscu cudowny tydzień.

Taki widok przywitał nas po przyjeździe, tuż po wschodzie słońca.

 

Cóż mogę powiedzieć, wszystko w tym dniu było dla mnie pierwsze, pierwszy lot samolotem ( a nawet dwa), prom, no i potem ten widok! Żadne z moich zdjęć nie oddaje tego co widziały oczy.

 

Ale od początku!

Wylecieliśmy w południe z Krakowa, do Oslo, a potem z Oslo samolotem do Bodo . Bodo to takie śliczne miasteczko portowe, które przywitało nas ognistym zachodem słońca, na tę noc zapowiadano również zorzę polarną   ( widzieliśmy ją jednak w tym miejscu była jeszcze za słaba).

(zdjęcia robione  aparatem i komórką)

Potem tylko noc w porcie i czekanie na prom …

Możecie sobie wyobrazić jak byłam podekscytowana , samolotu nie polubiłam :D, natomiast na promie podczas przyjemnego kołysania po prostu padłam :))

Promem dopłynęliśmy do Moskenes, tam czekał na nas zostawiony już samochód z wypożyczalni ( najtańszy i sprawdzony Reine car- rentel , znajdziecie również na facebooku). Auto zatankowane na full to podstawa jeśli chcecie zobaczyć coś więcej, bo odległości między miejscowościami są dosyć spore, sklepów mało, plaże rozrzucone, no bez auta można zobaczyć zaledwie skrawek. Poza tym sama podróż, takie samochodowe włóczęgostwo, to też niesamowita przygoda.

Dzięki temu mogliśmy objechać niemalże całe Lofoty wzdłuż odkrywając ukryte w zakamarkach stare wioseczki z odrapanymi domkami , skanseniki i rybackie przystanie, gdzie bardzo często słychać  język polski :).

A propos języka polskiego – pomyślałam wtedy, że mimo iż byłam w towarzystwie osób biegle władających j.angielskim i norweskim, to w pewien sposób ten język polski dawał mi poczucie bezpieczeństwa, że w razie draki, ja ze swoimi kilkoma zwrotami po angielsku nie zginę, bo zawsze mogę się zwrócić o pomoc do rodaka 😉

Natomiast miejscowi  są bardzo przyjaźni i uśmiechnięci, każdy bez względu na wiek witał się głośnym HI! , choć pewnie byłoby jeszcze lepiej gdybyśmy nie mieli oznakowanego auta z wypożyczalni ;). To zrozumiałe, że po sezonie miejscowi mogą się czuć już zmęczeni turystami, ale ani razu nie odczuliśmy, żeby ktokolwiek był nastawiony wrogo, raczej z dystansem, ale to akurat jest dla Skandynawów normalne.

Przyjechaliśmy w okresie idealnym ( 14-20.09), jest już po sezonie, ale Lofoty nie są wymarłe. Wprawdzie niektóre „atrakcje” są już zamknięte, ale nie o to nam chodziło, raczej o jak największą asymilację…okazuje się, że najbardziej asymilowaliśmy się z Polakami, którzy w Norwegii prowadzą swoje firmy.

Polecam Anita’s food w Reine i wyśmienite fish burgery, cena około 100-120 koron w zależności od „wsadu”. Ja jadłam wyśmienitego burgera z wędzonym łososiem, do tego pyszna kawa i darmowy internet ;). O to akurat nie musicie się martwić, ja wyjechałam bez roamingu (co nie do końca było dobre, ale o tym potem), jednak zarówno w domku jak i w każdej kawiarence jest darmowe wifi i można się kontaktować ze światem chociażby przez komunikatory.

Przemiła obsługa i można zakupić „pamiątki” w postaci miejscowych specjałów.

Na przeciwko odkryłam mini muzeum zabawek i malutka graciarnię, żeby tam wejść należy poprosić w hotelu tuż przy ulicy o otwarcie, oczywiście nie wyszłam z pustymi rękami 😉

Jak wspomniałam dotarliśmy do naszego domku o świcie ( „Eliassen rorbuer ”  http://rorbuer.no/en/ ) rezerwacja obowiązuje od godz.14.00, spożytkowaliśmy ten czas na podziwianie widoków.  Domek można zarezerwować przez booking.com lub  airbnb.com, po rezerwacji dostaniecie kod do drzwi ( fajne rozwiązanie, bo można się rozdzielić i nie trzeba warować pod drzwiami gdy ktoś z kluczem przepadnie na dłużej).

Nasza hytta należała do kategorii „luksusowe”, duża, z salonem, dwiema sypialniami, kuchnią, łazienką łózka piętrowe plus salon z kanapą i dodatkowe miejsce do spania na antresoli.  Było nas 4, ale spokojnie domek pomieściłby z 10 osób. Całe drewniane, ogrzewanie podłogowe plus małe grzejniki, bardzo ciepłe – nawet za ciepłe jak na moje przyzwyczajenia :). Dwa wejścia i z każdej strony obłędne widoki!

Od tyłu – przystań i codziennie pobudka po 7.00  dzięki mewom, którch tu było wyjątkowo dużo (nawet jak na przytań ;p)

Nasze miejsce do kawkowania jeśli akurat wiatr nie urywał łba 😀

Widok po drugiej stronie domków zapierał dech w piersi!

Nawet miejscowe monety mnie urzekły!  wszystko ma tutaj jakiś niesamowity czar…a może to tylko moja melancholijna  natura 😉

Jednak życzenia spełnia tu zorza :))

Pierwsze dwa dni,  z „rozpędu „, wyrwani ze swojej codziennej bieganiny,  spędziliśmy na trekkingu. Co mnie zaskoczyło mocno, szlaki nie są praktycznie oznakowane, jak na taką ilość kamieni! mogliby się pokusić o znaki malowane, tymczasem trafiłam na jeden! kierunkowskaz. Ogólnie znajomość i orientacja w terenie była na wagę złota, tu kolejna dla mnie nauczka – na takim wypadzie nie być tylko „pasażerem”.

Jedyny plus – zbocza nie są zalesione i z każdego wzniesienia można dojrzeć charakterystyczne ukształtowania terenu i w razie zguby kierować się na nie.

Plaża Kvalvika – jak to ktoś napisał na jednym blogu „ryje beret”!

Nawet! jakaś romantyczna dusza pomyślała o huśtawce z widokiem !

Skały wyrastające niemal pionowo, turkusowa woda, czarny piasek , wszechogarniająca cisza, i tutaj już zadziałała „magia Norwegii” – puls spada, nikt się nie spieszy, odrzucasz ambitne plany „zaliczenia” atrakcji, po prostu cieszysz się tym tu i teraz…

Podejście jest dosyć strome, głównie kamieniste, porośnięte grubo trawo-mchem i inną roślinnością mocno chłonącą wodę. Szczyty osiągają od 600 – 1000m n.p.m. Moim zdaniem są osiągalne dla osoby o przeciętnej sprawności, aczkolwiek wymagające pod względem ostrożnego stawiania nóg. No i jak wspomniałam jest to spacer na orientację.

Widoki – niezapomniane! (nasz punkt odniesienia – pysk krokodyla 🙂

Plaże rozrzucone są po całych Lofotach, do niektórych można dojechać autem.  Jak do tej …Skagsanden Beach ( dla odmiany biały piasek).

Na jednej z takich plaż spędziliśmy  kilka godzin w  nocy czekając na zorzę 🙂 ależ to było przeżycie 😉

Cisza tutaj brzmi inaczej, nie wiem czy to magia szumu fal od rana do zmierzchu, czy majestat gór, czy ten uśmiech miejscowych, czy ogrom piękna, nawet radio wydawało się zbędne…chce się tylko chłonąć !

c.d.n.

 

Jeśli macie pytania piszcie w komentarzach lub mailowo.

 

pozdrawiam  An

Warsztaty kawowe

Dzisiaj chciałam napisać o warsztatach, w których miałam przyjemność uczestniczyć w ostatni weekend, dzięki uprzejmości firmy Beanbrothers ( firma z Pszczyny dystrybutor kawy specialty, oraz wysokiej jakości ekspresów i urządzeń do alternatywnego parzenia kawy). Warsztaty ( cupping ) odbyły się w kawiarni Synergia dobre miejsce z Katowicach.

Zacznę od tego, że jestem zachwycona wystrojem (żartowałam, że prawie jak u mnie w domu :)). Kawa i jedzenie wyśmienite, obsługa świetna i zawsze z uśmiechem, serdecznie Wam polecam to miejsce.

Warsztaty prowadziła Iza, finalistka mistrzostw baristów. Dzięki prostemu doświadczeniu mogliśmy nauczyć się jak rozpoznać dobrą kawę, tą z małych palarni produkujących wysokiej jakości ziarna, od kawy produkowanej na skalę przemysłową, którą prawdopodobnie wielu z nas pije.

Przyznaję, że to doświadczenie było dla mnie niemałym szokiem. Nasze kubki smakowe zadziwiająco uparcie potrafią tkwić nawet przy złych wyborach, o czym miałam okazję się przekonać .

Kawa – tutaj mała, niepozorna roślinka, jak się okazuje bardzo wymagająca, dzięki Izie odsłoniła przed nami wiele swoich tajemnic.

Część warsztatów obejmowała również opis alternatywnych metod parzenia kawy, mogliśmy porównać smak kawy parzonej na różne sposoby, zobaczyć ” w akcji” te wszystkie ( nie raz bardzo tajemnicze) przyrządy.

Moje wrażenia? Udział w tego typu warsztatach dał mi przede wszystkim świadomość. Nie oznacza to, że od jutra będę parzyć kawę tylko w chemexie i odważać laboratoryjne ilości. Jak sama Iza powiedziała, zachęciło mnie to do eksperymentowania, poszukania „swojego” smaku kawy , mam też świadomość, że to co piłam do tej pory z kawą ma niewiele wspólnego.

Dzięki temu, że było to spotkanie dla bloggerów, zawarłam nowe znajomości i zacieśniłam dotychczasowe :). Fajnie jest porównać swoje odczucia z kolegami i koleżankami z nieco innej „branży” .

Jeszcze raz dziękuję organizatorom za zaproszenie i polecam Wam, jeśli kiedykolwiek będziecie mieć okazję, weźcie udział w takim spotkaniu- w końcu tyle teraz się robi i mówi o zdrowiu, zdrowym jedzeniu, a kawa to nasz codzienny rytuał, warto wiedzieć co się pije.

An

 

Żyj tym co kochasz

Od samego początku mojej pasji, a potem pracy przyświeca to motto. Zresztą nigdy nie była to tylko pasja i tylko praca, to po prostu pomysł na życie, w tej kwestii nic się nie zmieniło do dzisiaj.

Choć moje zainteresowania są nie raz tak rozległe, że sama z trudnością je ogarniam :D, to są takie również, które pochłaniają mnie bez reszty.

Wreszcie jest wiosna, wreszcie jest ciepło – mogę wyjść w plener. Spędzanie czasu pod chmurką to jedna  z moich ulubionych aktywności , którą zaraził mnie Mąż, a oboje staramy się zarazić dzieci.

Nasza Córka złapała bakcyla wrotkarki i chociaż nie ma w naszym mieście profesjonalnego wrotkowiska, to nie jest to w stanie nas powstrzymać ;).

Ja również wróciłam „na łono przyrody” dokładając do treningów na sali trochę biegania. Mamy więc powód do spędzania wspólnego czasu pod chmurką, czyli takie dwa w jednym z samymi korzyściami  🙂

Chyba nie trudno zauważyć, że dziewczynki chcą być jak ich matki :P, jakoś obie mamy ostatnio zamiłowanie do różu :)). Coraz więcej tematów kręci się również wokół fatałaszków i ulubionych rzeczy, filmów, muzyki, książek….

Jeśli o muzykę chodzi mamy gusta zdecydowanie odległe :)), w kwestii fatałaszków zdecydowanie jest nam się łatwiej dogadać ;)). Podkradania „gadżetów ” się nie da uniknąć :))

Ale, ale żeby nie było! nie dajcie się zwariować nie musicie się katowć ;), my zawsze kończymy w cukierni :)). Ważne, żeby fajnie spędzić razem czas.

Niech wasze pasje nabierają wiosennych rumieńców :))

pozdrawiam An

 

W poście wystąpiły: