Lofoty , tam cisza brzmi inaczej cz.1

Dlaczego Lofoty?

moja fascynacja Skandynawią tak naprawdę jest dosyć wybiórcza i zaczęła się od designu. Potem zobaczyłam, prawdopodobnie najczęściej fotografowane miejsce na Lofotach, i po prawie 3 latach wzdychania spędziłam w tym miejscu cudowny tydzień.

Taki widok przywitał nas po przyjeździe, tuż po wschodzie słońca.

 

Cóż mogę powiedzieć, wszystko w tym dniu było dla mnie pierwsze, pierwszy lot samolotem ( a nawet dwa), prom, no i potem ten widok! Żadne z moich zdjęć nie oddaje tego co widziały oczy.

 

Ale od początku!

Wylecieliśmy w południe z Krakowa, do Oslo, a potem z Oslo samolotem do Bodo . Bodo to takie śliczne miasteczko portowe, które przywitało nas ognistym zachodem słońca, na tę noc zapowiadano również zorzę polarną   ( widzieliśmy ją jednak w tym miejscu była jeszcze za słaba).

(zdjęcia robione  aparatem i komórką)

Potem tylko noc w porcie i czekanie na prom …

Możecie sobie wyobrazić jak byłam podekscytowana , samolotu nie polubiłam :D, natomiast na promie podczas przyjemnego kołysania po prostu padłam :))

Promem dopłynęliśmy do Moskenes, tam czekał na nas zostawiony już samochód z wypożyczalni ( najtańszy i sprawdzony Reine car- rentel , znajdziecie również na facebooku). Auto zatankowane na full to podstawa jeśli chcecie zobaczyć coś więcej, bo odległości między miejscowościami są dosyć spore, sklepów mało, plaże rozrzucone, no bez auta można zobaczyć zaledwie skrawek. Poza tym sama podróż, takie samochodowe włóczęgostwo, to też niesamowita przygoda.

Dzięki temu mogliśmy objechać niemalże całe Lofoty wzdłuż odkrywając ukryte w zakamarkach stare wioseczki z odrapanymi domkami , skanseniki i rybackie przystanie, gdzie bardzo często słychać  język polski :).

A propos języka polskiego – pomyślałam wtedy, że mimo iż byłam w towarzystwie osób biegle władających j.angielskim i norweskim, to w pewien sposób ten język polski dawał mi poczucie bezpieczeństwa, że w razie draki, ja ze swoimi kilkoma zwrotami po angielsku nie zginę, bo zawsze mogę się zwrócić o pomoc do rodaka 😉

Natomiast miejscowi  są bardzo przyjaźni i uśmiechnięci, każdy bez względu na wiek witał się głośnym HI! , choć pewnie byłoby jeszcze lepiej gdybyśmy nie mieli oznakowanego auta z wypożyczalni ;). To zrozumiałe, że po sezonie miejscowi mogą się czuć już zmęczeni turystami, ale ani razu nie odczuliśmy, żeby ktokolwiek był nastawiony wrogo, raczej z dystansem, ale to akurat jest dla Skandynawów normalne.

Przyjechaliśmy w okresie idealnym ( 14-20.09), jest już po sezonie, ale Lofoty nie są wymarłe. Wprawdzie niektóre „atrakcje” są już zamknięte, ale nie o to nam chodziło, raczej o jak największą asymilację…okazuje się, że najbardziej asymilowaliśmy się z Polakami, którzy w Norwegii prowadzą swoje firmy.

Polecam Anita’s food w Reine i wyśmienite fish burgery, cena około 100-120 koron w zależności od „wsadu”. Ja jadłam wyśmienitego burgera z wędzonym łososiem, do tego pyszna kawa i darmowy internet ;). O to akurat nie musicie się martwić, ja wyjechałam bez roamingu (co nie do końca było dobre, ale o tym potem), jednak zarówno w domku jak i w każdej kawiarence jest darmowe wifi i można się kontaktować ze światem chociażby przez komunikatory.

Przemiła obsługa i można zakupić „pamiątki” w postaci miejscowych specjałów.

Na przeciwko odkryłam mini muzeum zabawek i malutka graciarnię, żeby tam wejść należy poprosić w hotelu tuż przy ulicy o otwarcie, oczywiście nie wyszłam z pustymi rękami 😉

Jak wspomniałam dotarliśmy do naszego domku o świcie ( „Eliassen rorbuer ”  http://rorbuer.no/en/ ) rezerwacja obowiązuje od godz.14.00, spożytkowaliśmy ten czas na podziwianie widoków.  Domek można zarezerwować przez booking.com lub  airbnb.com, po rezerwacji dostaniecie kod do drzwi ( fajne rozwiązanie, bo można się rozdzielić i nie trzeba warować pod drzwiami gdy ktoś z kluczem przepadnie na dłużej).

Nasza hytta należała do kategorii „luksusowe”, duża, z salonem, dwiema sypialniami, kuchnią, łazienką łózka piętrowe plus salon z kanapą i dodatkowe miejsce do spania na antresoli.  Było nas 4, ale spokojnie domek pomieściłby z 10 osób. Całe drewniane, ogrzewanie podłogowe plus małe grzejniki, bardzo ciepłe – nawet za ciepłe jak na moje przyzwyczajenia :). Dwa wejścia i z każdej strony obłędne widoki!

Od tyłu – przystań i codziennie pobudka po 7.00  dzięki mewom, którch tu było wyjątkowo dużo (nawet jak na przytań ;p)

Nasze miejsce do kawkowania jeśli akurat wiatr nie urywał łba 😀

Widok po drugiej stronie domków zapierał dech w piersi!

Nawet miejscowe monety mnie urzekły!  wszystko ma tutaj jakiś niesamowity czar…a może to tylko moja melancholijna  natura 😉

Jednak życzenia spełnia tu zorza :))

Pierwsze dwa dni,  z „rozpędu „, wyrwani ze swojej codziennej bieganiny,  spędziliśmy na trekkingu. Co mnie zaskoczyło mocno, szlaki nie są praktycznie oznakowane, jak na taką ilość kamieni! mogliby się pokusić o znaki malowane, tymczasem trafiłam na jeden! kierunkowskaz. Ogólnie znajomość i orientacja w terenie była na wagę złota, tu kolejna dla mnie nauczka – na takim wypadzie nie być tylko „pasażerem”.

Jedyny plus – zbocza nie są zalesione i z każdego wzniesienia można dojrzeć charakterystyczne ukształtowania terenu i w razie zguby kierować się na nie.

Plaża Kvalvika – jak to ktoś napisał na jednym blogu „ryje beret”!

Nawet! jakaś romantyczna dusza pomyślała o huśtawce z widokiem !

Skały wyrastające niemal pionowo, turkusowa woda, czarny piasek , wszechogarniająca cisza, i tutaj już zadziałała „magia Norwegii” – puls spada, nikt się nie spieszy, odrzucasz ambitne plany „zaliczenia” atrakcji, po prostu cieszysz się tym tu i teraz…

Podejście jest dosyć strome, głównie kamieniste, porośnięte grubo trawo-mchem i inną roślinnością mocno chłonącą wodę. Szczyty osiągają od 600 – 1000m n.p.m. Moim zdaniem są osiągalne dla osoby o przeciętnej sprawności, aczkolwiek wymagające pod względem ostrożnego stawiania nóg. No i jak wspomniałam jest to spacer na orientację.

Widoki – niezapomniane! (nasz punkt odniesienia – pysk krokodyla 🙂

Plaże rozrzucone są po całych Lofotach, do niektórych można dojechać autem.  Jak do tej …Skagsanden Beach ( dla odmiany biały piasek).

Na jednej z takich plaż spędziliśmy  kilka godzin w  nocy czekając na zorzę 🙂 ależ to było przeżycie 😉

Cisza tutaj brzmi inaczej, nie wiem czy to magia szumu fal od rana do zmierzchu, czy majestat gór, czy ten uśmiech miejscowych, czy ogrom piękna, nawet radio wydawało się zbędne…chce się tylko chłonąć !

c.d.n.

 

Jeśli macie pytania piszcie w komentarzach lub mailowo.

 

pozdrawiam  An