W polskiej tradycji nigdzie nie ma, że na święta trzeba zwariować…

Te parafrazowane słowa w tytule pochodzą z wpisu Miss Ferreiry, całość przeczytacie tu.

Oczywiście łatwiej powiedzieć niż zrobić, zwłaszcza kiedy postanawiasz w tym roku nie myć okien i nie robić 200 uszek, to i tak np. Mamula czeka z kilometrową listą TO DO,  Mamuli się nie odmawia ;).

 

Do moich obowiązków przedświątecznych od lat należała pomoc w porządkach Dziadkom,  mycie okien, wieszanie firan i pucowanie tam gdzie wzrok nie sięga. Zwykle byłam wykończona już końcówką roku i na wyganianie kotów z moich kątów, już nie starczało mi siły. Za to mogłam liczyć „na gotowe”, czyli kolację Wigilijną  u Mamy.

 

W tym roku nie ma obowiązków, nie ma gotowego…czuję się z tym …dziwnie.

 

Za to skupiam się na marzeniach, jednym z nich było od dawna spędzenie świąt w górskiej chatce bez wygód, wprawdzie nie mogę liczyć na luksusowy domek w Alpach w stylu chalet…ale postanowiłam sobie trochę tego klimatu zrobić w domu.

 

Drewno, futra ( u mnie sztuczne), len, kilka gałązek, czerwone jabłuszka, grube swetry i rękawice.

Małe – ale za to obłędnie pachnące drzewko.

Ozdób minimum, w tym roku nawet choinka jest tylko ze światełkami, za to stoi u nas cały grudzień. Udało mi się nic nie dokupić z dekoracji (sukces!). Na stole mieszanina świeczników, głównie z pracowni mojej przyjaciółki Al –  Czary z Drewna, oraz vintage.

Będzie „minimalistycznie” pod względem kulinarnym 😉

Jedno czego nigdy u nas nie zabraknie to robione, domowe pierniczki. Robię je od 10 lat minimum, z tego samego przepisu, w tym roku nawet go ulepszyłam i nie zamierzam dekorować 😉

Jeśli o tradycjach mowa, zawsze w tym okresie wzrusza mnie pozycja w notesie z przepisami : „śledziki wg Babci Krysi”, piernik Mamy, karp wg  Teścia…w tym roku podobne uczucia przywołała książka kulinarna naszej blogowej koleżanki „Trufla. Same dobre rzeczy”. To właściwie więcej niż książka z przepisami, to taka księga wspomnień.

Ławka, którą widać na zdjęciu, stała wiele lat koło domu Babci mojego Męża, kiedyś miała piękny, musztardowy kolor.  Uratowałam ja przed spaleniem, od długiego czasu zastanawiam się czy kiedyś będzie okazja ją wykorzystać w ten sposób.

Nosi na sobie ślady wielu lat pracy, stała tuż przy przydomowym ogródku z grządkami.

Na pewno w tym roku ta ławka zapełni się wspomnieniami…

Życzę Wam w tym przed i świątecznym okresie – nie traćcie głowy! święta i tak się odbędą, czy będziemy przygotowani czy nie :))

Samej sobie i Wam, życzę dużo czasu tylko dla siebie i rodzinki (nareszcie!), dziecięcej radości z prostych rzeczy…

Pomimo zmęczenia intensywnością roku patrze optymistycznie do przodu, mam mnóstwo pomysłów na ten nadchodzący rok, zarówno dotyczących firmy i mojej pracy, jak i planów tylko dla przyjemności ; )).

A marzenia? są po to by je spełniać ;))

więc … just be a DREAMER.

Co macie na swojej liście marzeń na pierwszym miejscu?

Na mojej jest Islandia :))

Trzymajcie się ciepło i dzięki, że zajrzeliście

An

Dekoracje komunijne

Organizując przyjęcie w domu zwykle największy nacisk kładziemy na to co podamy, no  i jak u licha wszystkich pomieścić ;)). Nasze przyjęcie było dosyć skromne, bo na 12 osób, kiedy już udało się rozplanować rozkład gości, a zamartwianie się o menu zrzucić na restaurację ;), mogłam przejść do najlepszego czyli obmyślania dekoracji.

Od samego początku zależało mi, żeby było dużo zieleni. Początkowo wystrój miał być nieco mniej oficjalny, więcej drewna, a nawet trochę mchu. Ale kiedy zobaczyłam te cudne kieliszki kryształowe u mojej babci, cała koncepcja nabrała trochę szlachetniejszego wyrazu.

Jak widać zaproszenie również utrzymane jest w biało- zielonej kolorystyce, w formie kartki z kalendarza.

Na stole zamiast obrusów biały len , gałązki ( nie powiem dokładnie jak to się nazywa, ale jest bardzo trwałą rośliną) , akcent „uszlachetniający” czyli złote wstążeczki i sztućce ze złotym akcentem na uchwytach.

Do komunii szedł syn, ale postanowiłam nie rezygnować z wianka jako dekoracji i zamiast na głowę trafił …na tort 🙂

Dzięki temu udało się uniknąć dosyć kiczowatych dekoracji, które proponowała nam cukiernia.

 

Jak widać na pierwszym zdjęciu tej samej rośliny użyłam do zrobienia innych dekoracji,  m.in. girland, które powiesiłam na długich wstążkach zwisających z karnisza , oraz kilku małych wianuszków.

Ja jestem z wystroju bardzo zadowolona, zresztą mimo swej skromności zrobiły duże wrażenie na gościach.

Chętnie poznam Wasze zdanie, czy podoba Wam się taki wystrój, czy może ktoś się czuje zainspirowany?

 

pozdrawiam An

 

Żyj tym co kochasz

Od samego początku mojej pasji, a potem pracy przyświeca to motto. Zresztą nigdy nie była to tylko pasja i tylko praca, to po prostu pomysł na życie, w tej kwestii nic się nie zmieniło do dzisiaj.

Choć moje zainteresowania są nie raz tak rozległe, że sama z trudnością je ogarniam :D, to są takie również, które pochłaniają mnie bez reszty.

Wreszcie jest wiosna, wreszcie jest ciepło – mogę wyjść w plener. Spędzanie czasu pod chmurką to jedna  z moich ulubionych aktywności , którą zaraził mnie Mąż, a oboje staramy się zarazić dzieci.

Nasza Córka złapała bakcyla wrotkarki i chociaż nie ma w naszym mieście profesjonalnego wrotkowiska, to nie jest to w stanie nas powstrzymać ;).

Ja również wróciłam „na łono przyrody” dokładając do treningów na sali trochę biegania. Mamy więc powód do spędzania wspólnego czasu pod chmurką, czyli takie dwa w jednym z samymi korzyściami  🙂

Chyba nie trudno zauważyć, że dziewczynki chcą być jak ich matki :P, jakoś obie mamy ostatnio zamiłowanie do różu :)). Coraz więcej tematów kręci się również wokół fatałaszków i ulubionych rzeczy, filmów, muzyki, książek….

Jeśli o muzykę chodzi mamy gusta zdecydowanie odległe :)), w kwestii fatałaszków zdecydowanie jest nam się łatwiej dogadać ;)). Podkradania „gadżetów ” się nie da uniknąć :))

Ale, ale żeby nie było! nie dajcie się zwariować nie musicie się katowć ;), my zawsze kończymy w cukierni :)). Ważne, żeby fajnie spędzić razem czas.

Niech wasze pasje nabierają wiosennych rumieńców :))

pozdrawiam An

 

W poście wystąpiły: